Pozne sniadanie w oswojonej już i przyjaznej restauracji. Jajecznica i tybetanski chleb z miodem. Mietowa herbata. Mala coreczka właścicieli lokalu śmiało nawiazuje z nami kontakt. Nieswiadoma obcości, naiwnie otwarta. Dziecinna. Szczera.
Potem spotkanie z lekarzem. Powazanym i znanym, osobiscie bowiem leczyl Dalai Lame, duchowego przywodce Tybetu. W gabinecie tlumy. Wszyscy Czekaja z niecierpliwością na swoja kolej. Niektorzy maja raka lub inne nieuleczalne choroby. Do tego duzo nadziei. Wiary, ze może wydarzy się Cud. A`ponoc cuda zdarzaja się tutaj często, wielu potwierdza skuteczność leczenia dr.
My jesteśmy tutaj przy okazji, z czystej ciekawości. Wlasciwie to nic nam powaznego nie dolega, może tylko bole glowy czy plecow, stres i brak koncentracji- na to nie ma zadnego leku procz zmiany stylu zycia. Czujemy się troche nieswojo ze swoimi ułomnościami.
Lekarz, człowiek w podeszłym wieku co kilka minut wychodzi do pacjentow, którzy ustawiaja się w kolejke do umywalki, potem wyjmuja butelki z moczem i po kolei wlewaja do blaszanego kubka. Lekarz miesza mocz patykiem, wylewa zawartość i prosi nastepna osobe. Potem każdemu z osobna bada puls. Wystawia recepte, umawia się na kolejne spotkanie. W całkowitym skupieniu. W ciszy.
Leki maja nieprzyjemny smak. Przelamujemy się jednak z wiara, ze to tylko jedna nieprzyjemna chwila. Pojedyncza i nietrwala.
Wieczorem w lokalnej kawiarni ogladamy film o historii Tybetu. Troszke stronniczy i wyraznie antychiński. Prawda wcale nie jest taka oczywista. Wymaga mądrości i powściągliwości. Jak zycie.
