Do Veliko Tarnova dojeżdżamy o swicie. Mala stacyjka oddalona jest od miasteczka kilka kilometrow. Wokół cisza miarowa, gory oddychaja spokojnym, wlasnym rytmem. Nawet pociagi wiezdzaja na perony cichutko, aby nie zakłócić spokoju tego miejsca. Dobra kawa z dworcowego automatu, ostatnie kawalki wczorajszej pizzy na sniadanie, krotka lektura rozkładów jazdy i cennikow. Mgla powoli opada, niebo blekitnieje, rosa schnie pod wpływem wschodzącego słońca.
Idziemy do centrum nieprzepisowo, wzdluz trasy zarezerwowanej dla samochodow i motocykli. Taksowkarze zatrzymuja sie, proponuja podwiezienie za pare lewa, inni oferuja nocleg za pare euro, jeszcze inni groza palcem, ze zakaz poruszania sie na wlasnych nogach tym pasem drogi.
Informacja turystyczna, choc powinna byc otwarta od kilkunastu minut, ciagle zamknieta. Kilku skautow francuzow wyraznie zdenerwowanych. Spoznialska pani od informacji wcale nie przeprasza, zapowiada nastepne, kilkuminutowe spoznienie i zamyka drzwi na klucz. W koncu, gdy juz jestesmy bw srodku, okazuje sie, ze nie ma nam nic do zaoferowania oprocz platnych map Bulgarii i widokowek z okolicy.
Ulica Gurko idziemy w strone historycznego Centrum. Sama ulica, reprezentujaca kilkanascie architektonicznych stylow, sama historyczna. Domy stare i nowe, brukowana ulica, to wznoszaca sie to opadajaca. Widoki na stare i nowe Tarnovo.
Miasto nalezy do najstarszych w Bulgarii a nawet w Europie. Historycy daja mu piec tysiecy lat. Lezy na trzech wzgorzach, z plynaca miedzy nimi rzeka Jatra. Dzis jest olbrzymim centrum turystycznym regionu. Ciagna tu turysci z calego niemal globu, liczni malarze zakladaja tu swoje pracownie.
Zreszta miasto slynie rowniez z obecnosci zywego rzemiosla- w malenkich sklepikach artysci kowale, ikonopisarze, garncarze i inni nie tylko sprzedaja tu swoje prace, ale tez wyrabiaja je na miejscu na oczach turystow, dziela sie doswiadczeniem i pozwalaja sprobowac samemu doswiadczyc sztuki.
Jestesmy zachwyceni pieknem Tarnova. Spacerujemy to tu to tam, robimy zdjecia, troche za szybko, troche w stylu niedzielnych turystow zatrzymujemy chwile w kadrze aparatu.
Potem mozolna wedrowka do Arbanasi. Pod gore. I potem raz jeszcze pod gore. Krawedzia ruchliwej drogi. Od czasu do czasu odpoczynek w cieniu i dalsza wedrowka- wydaje nam sie ze to wiecznoc, choc na tablicy informacyjnej do Arbanasi tylko 2.5 kilometra.
W koncu dociaramy na miejsce. Rozbijamy sie w centrum wioski. Przeczekujemy deszcz.
Wieczorem, przypadkowo, spedzamy czas w bulgarskiej zagrodzie. Uprzejmy kelner proponuje menu. Zadowalamy sie kuflem piwa i muzyka bulgarska z glosnika. Przy okazji zalapujewmy sie na zimne ognie i petardy, no i ladny, mily wieczor w bulgskiej wiosce.
Kladziemy sie spac poznym wieczorem.
