Poranny spacer po Arbanasi. Waskie uliczki, sterczace, czerwone dachy tradycyjnych chalup, dzikie sady i opuszczone zagrody i mnostwo hoteli, hotelikow i zajazdow, restauracji i barow, kramow z pamiatkami i antykami. Gubimy sie wsrod kamiennych plotow, jak w labiryncie szukamy drogi wyjscia, spotykamy miejscowych chlopow i zagranicznych gosci. Ciepla herbata i swieze pieczywo na sniadanie. Droga do Tarnova lzejsza, bo w dol, z widokami na doline. Po drodze zrodlo, zimne orzezwienie w czterdziestostopniowym upale. Nieudany autostop, odrzucona propozycja taniego noclegu w hostelu z wygodami, od kilku tygodni niesiemy swoj dom na plecach, jak slimaki, moze dlatego nasza podroz troche sie opoznia- ale za to widzimy wiecej, czujemy mijane miejsca jakos dotkliwiej, blizej, czulej.
Ostatnie chwile w Velikim Tarnovie, kielbasa na obiad, do tego gotowana kukurydza, w miescie zaczyna sie wlasnie miedzynarodowy festiwal folkowy, duzo muzyki, przyjaznych wibracji, zycia. Darmowy internet, chwila wirtualna, redakcja notatek z podrozy, przygotowanie albumow na strone.
Poznym wieczorem spacer na dworzec kolejowy. Seria pomylek, burza i rzesisty deszcz. Ratuja nas z opresji dwie miejscowe dziewczyny, ktore bezinteresownie zabieraja nas samochodem na dworzec- na kilka minut przed odjazdem pociagu znajdujemy sie na peronie.
Jedziemy na chybil trafil, przed siebie, chcemy spedzic ostatnie dni w Bulgarii w miejscach przypadkowych, niezaplanowanych, prowincjonalnych. Bez rodowodu lub z rodowodem. Na przelaj.
