Wedrowka grzbietem gor. Powolna. Od pajdy chleba do wody mineralnej. Zanurzamy się w przestrzen. Zielone serce swiata. Z gory wszystko wyglada normalniej.
Trzydziesci kilometrow marmaroskich szlakow za nami. Vadu Izei, Budesti, Calinesti, Harnicesti- te malo mowiace dla niezorientowanych nazwy miejsc, dla nas maja suwerenna wartosc, wypelniona przezyciami, obrazami i slowam.
Kolejni ludzie zapraszaja nas do siebie, czestuja wodka, chca pogadac. Kbieta zabiera nas na stopa, potem starszy mezczyzna sam proponuje podwiezienie. Szczescie znowu sie do nas usmiecha. I choc od czasu do czasu siapi zimny, gorski deszcz, nam nie jest wcale do placzu.
Potem powrot do cywilizacji, wirtualne sotkanie z bliskimi. Zakupy. Spacer po Sygiecie Marmaroskim tym razem spokojniejszy, bo bez leku przed nieznanym.
Rozbijamy sie za miastem, chwile przed ulewa. I znowu mamy szczescie. Zasypiamy w takt marmaroskiej muzyki. Sasiad zza plotu wyraznie jest stad.
My tez.
