*[appendix do dzisiaj]
odlatuję. pozegnanie z gorami jest dla mnie wzruszeniem. los emigranta, zyciowego anarchisty, powsinogi, bywa czasem okrutny. pakowanie walizek, rozpakowywanie walizek, praca, brak pracy, smutno wesoło, raz na wozie raz pod wozem. nie jesteśmy dla siebie stworzeni pojedynczo, panie poeto, panie przemadrzaly, panie z tamtego swiata, zaprzeszlego. chwytam was gory, za szczyty, zabieram ze soba, w sercu, pod piersią, olbrzymie jak dom.
pozegnalna kolacja u szwejka. w ciszy. w trwaniu wzajemnym. wdycham ostatnie godziny tu i teraz, robię zapasy powietrza stad.
jestem nienasycony. nienasycenie wyłazi ze mnie w krzyku duszy, w tesknocie slowa, w morfologii wiersza. wybacz aldaron, bracie stad i stamtad, ze mijalismy sie w pół wzroku, czasem za mało czasu, by stanąć naprzeciw siebie i sie wzrokiem nie minąć. wybacz kasiu, samotność bywa jak choroba przykuwająca do łóżka, drętwieje. wybacz aniu, do zobaczenia w odrzykoniu na skałkach następnym razem, gdy bedzie jeszcze piekniej.
wybaczcie ci co nie tyle w słowach ile w myslach i w sercu ci co nieuchwytni w oczach ci co w cieniu drzewa ci co nieslyszalni was przepraszam najmocniej bo wy wszechobecni
'ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą’
