poranna msza u franciszkanów nie przyciąga tłumów. ławki naprzeciwko ołtarza świecą pustkami. za to na zewnątrz formuje się kilkumetrowa kolejka do wejścia. rzecz w tym, ze nikt nie wchodzi. nikt sie nie rusza. nikt nikogo nie przeprasza, ani nie pyta, dlaczego tak stoi, w kolejce. w progu świątyni zawisła jakaś niewidzialna przeszkoda, jekieś niewidoczna ściana, która nie pozwala zrobić kroku przed siebie, do boga.
po mszy dorośli idą na piwo, dzieci na lody, ksiądz do zachrystii. ukrzyżowany chrystus zostaje sam.
moja bezbożna niedziela. moja bezskuteczna próba przedarcia się przez niewidoczną ścianę do zewnątrz. do środka. do stóp.
do miłości.
