ulewa zamyka drzwi na świat, bóg wyzyma pranie po grzesznikach. przegrywam partię warcabów z amerykańskim hipisem wlóczęgą- jakoś mu się odwdziecze, kilka godzin pozniej. jadalnia staje sie miejscem dlugiej opowiesci. od osobistych historii puchna szyby, mysli i glos. pozniej słońce na łeb na szyję.
szarlotka z bita smietana na pokrzepienie zoladka. spacer po sanockim rynku w te i we w te, wiersze rymkiewicza na przeczekanie, lody na potem.
potok krokow, glosow, ruchow, ksztaltow, zapachow, barw. rytmiczna, nieslyszalna wymiana oddechow. powietrze to jedno z niewielu rzeczy, bez prawa własności. jak niebo- dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba.
