maczam stopy w lipcowym sanie, woda lagodnie wdziera się między palce, slonce suszy mokrą skórę w mgnieniu wiatru.zanurzam się w nadbrzeznych trawach po czubki oczu, robaczki, komary, mrówki, żuczki łapią się na otwartą dłoń. Kradnę kaźdą sekundę dnia, tego pobytu nadbrzeżnego, z dala od ulicy, od wichury miasta.
nieopodal, za ścianą, czai się szara codzienność
