zajmuję metr kwadratowy sanockiego rynku. północno-wschodni kraniec z widokiem na góry słonne.
myślę o domu, ciele pachnącym źywicą i lasem, z oknem na poludnie i kominem w niebo. zalewam kawą poranną chrypkę, rozmazuję- jak za starych dobrych czasów- krople rosy na betonowej posadzce, gladze kilkudniowy zarost pod włos.
za mną okruchy drogi. rozsypane wsrod pól, wzgórz i dzikich sadów, dzwieki zaklete w drewnianej chalupie na koncu swiata, uczucia obmyte gorskim potokiem, emocje uderzone bryza beskidzkiego wiatru…
rownie dobrze mógłbym być tu i tam
teraz i przedtem
dziś i jutro
